Pewnie już każdy o mnie zapomniał, ale wracam.
(Aha, ile razy to pisałaś?) Powiem Wam jednak, że bardzo miło czyta się wiadomości typu: „Ej, co z Twoim blogiem? Bardzo lubiłam go czytać. Wracaj.”
A ja robię oczy jak orbitki, bo nie sądziłam, że ktoś to na serio czyta, a nie tylko ogląda zdjęcia.
Co się u mnie zmieniło?
Zawaliłam kilka rozmów kwalifikacyjnych, w końcu jednak znalazłam pracę, a z rzeczy ważniejszych to zmieniłam kształt paznokci. (Ach te priorytety!) Spotkałam się też z przedstawicielami marki C&A, ale o tym nie w tej notce.
No i mam nowe dziecko, piękne takie, patrzcie
Pokażę Wam lakier, który większość już pewnie widziała. Ale wiecie, na tak ładnych paznokciach to go jeszcze nie widziałyście. (Ok, nie śmiejcie się głośno :P) 

Opi – The spy who loved me 
Piękna, klasyczna czerwień pikantnym dodatkiem. 
Ja jakoś nieszczególnie przepadam za czerwienią, jednak ta mnie urzekła.
Na pierwszy rzut oka zwykła, po przyjrzeniu okazuje się być wyjątkowa. 

Kryje po dwóch warstwach, jednak przy długich paznokciach delikatnie przebijają końcówki. Nie jest to jednak na tyle tragiczne, żeby dokładać trzecią.

Ma płaski, w miarę szeroki pędzelek, dzięki któremu malowanie przy skórkach nie sprawia problemu. Lakier też nie rozlewa się, jest taki jak być powinien. 

Jeśli chodzi o trwałość, to piątego dnia domalowałam delikatnie końcówki. Nosiłam jeszcze ze dwa dni i zmyłam, bo widać już było dość duży odrost. 
Jak dla mnie – lakier ideał. 
A już za kilka dni pokażę Wam całkiem nowe paznokcie 😉 
I powiedzcie mi co u Was, bo chyba nie dam rady nadrobić Waszych blogów.