Nowy interfejs – ble. 
(dlaczego do cholery zmieniają fajny wygląd na coś kompletnie mniej czytelnego…to jak oś czasu na fejsie…)
Czasu – kompletnie brak.
Stan paznokci – opłakany.
Rozżalenie z powodu zaniedbania bloga – ogromne. 
To taki optymistyczny wstęp do recenzji lakieru, który mnie zauroczył. Tak, wiem że pewnie każda z Wam go widziała i większość miała. Jednak do mnie przemówił dopiero na wyprzedaży w Naturze. A wiecie jak mocno się zdenerwowałam jak zobaczyłam tam cały koszyczek pełen zielonych słoiczków zielonego eyelinera Essence? Nauczyłam się robić kreski w momencie kiedy go akurat wycofywali, a że zielony to mój ulubiony kolor zapragnęłam go mieć….i nic! A tu nagle, po tylu miesiącach ja widzę ok 30 sztuk! Oczywiście kupiłam „na zapas”, ale i tak wyszłam z Natury zła… A, fioletowy też kupiłam i też było go na pęczki 😉 
 Myślę, że narzekania już dosyć…(no nie mogę, piszę tą notkę i tak cały czas patrzę na ten nowy wygląd i mnie aż ściska…)
Skupmy się…lakier, recenzja i nie marudzimy 😉

Od razu przepraszam za stan moich paznokci, wstyd pokazywać. Jednak takie stałe walenie nimi o monitor, wydawanie reszty, zabawa z kartonami im nie służą 😉 Ale piłuje je na króciutko i jak zaczęły się rozdwajać tak już przestają, katuje je odżywkami zatem będzie dobrze 🙂 
Znowu odbiegam od tematu lakieru… Nie wiem czemu, bo zdziwiłam się pozytywnie malując nim pazury. Cenę widzicie, majątku nie wydałam a otrzymałam całkiem fajny lakier. Nie dość, że dobrze się maluje. Chociaż mimo wszystko mam wrażenie, że był jakiś czas temu otwarty. (przepraszam za wyrażenie, ale łapy bym poprzetrącała głupim babom, które muszą otworzyć lakier w drogerii i odstawić go spowrotem na półkę, a co lepsza…otwierają nawet eyelinery i wsadzają tam swoje okropne paluchy..ech)
Co dla mnie najważniejsze, przy ostatnim ciągłym braku czasu, schnie baaaaardzo szybko. Nie użyłam wysuszacza a dosłownie po 20 min lakier był suchy i mogłam położyć się spać, bez obaw, że kołdra zostawi na nim ślad 😉 
Na zdjęciach widzicie go po 2 dniach noszenia, i bez żadnych startych końcówek ani odprysków! Dla mnie to sukces, tym bardziej, że pierwsze przesłanki do zmycia go pojawiły się dopiero czwartego dnia. 
Drobinki zatopione w lakierze też mi się bardzo podobają mimo, że powierzchnia staje się przez nie delikatnie chropowata, jednak po potraktowaniu ich topem NailTek przestały mnie denerwować

Podsumowując: bardzo się z nim polubiłam 😉 
I jeszcze prośba do Was, polećcie mi jakąś odżywkę do paznokci. Poza NailTekiem, którego mam i uwielbiam, ale chciałabym stosować go na zmianę z czymś innym 😉